Czterdzieści obserwacji o tym, jak „kiedyś” stało się „teraz”

Trochę przykro uświadomić sobie, że to, co czuję, jest tylko reakcją chemiczną w mózgu. Wspomnienia istnieją tylko w jednej oryginalnej kopii, a wszystkie kolejne są już tylko kopiami kopii. Ale chyba się z tym pogodziłem.

Moi rodzice dosłownie dali mi możliwość zobaczenia tego świata. A on jest piękny.

Dzieciństwo spędziłem w parku w Orszy i w studiu radiowym. Pewnie dlatego lubię parki i podcasty.

W szkole dokuczali mi z powodu okularów. Trzeba było się bić. A w siódmej klasie ojciec nauczył mnie robić pompki na pięściach. Kiedyś, gdy wagarowałem w klubie komputerowym, starszy chłopak zgasił papierosa na kostce mojej dłoni. Nawet nie mrugnąłem. To był prawdziwy popis.

Moje obywatelskie poglądy ukształtowały dwa lata w liceum przy ulicy Worowskiego. No i palarnia za stołówką.

Nie dostałem się na reklamę w Mińsku. Za to mam archeologiczne wykształcenie z Mohylewa. W żaden sposób nie pomaga mi ono w reklamie ani w mediach.

Kiedy miałem 20 lat, wydawało mi się, że 40 nigdy nie nadejdzie. Teraz już wiem, ile w odczuciu trwa „nigdy”.

W młodości prześladował mnie koszmar, a właściwie uczucie koszmarnego snu: budzę się w środku nocy i uświadamiam sobie, że jestem dorosły, ale nie potrafię przypomnieć sobie jasnych i szczęśliwych momentów ze swojego życia. Bardzo długo napędzało mnie to od środka, żeby iść dalej.

Dwadzieścia lat temu marzyłem, żeby nie mieszkać w Mohylewie i zajmować się reklamą. Marzenia się spełniają.

Chyba nie bez powodu w samolocie mówią: „Najpierw załóż maskę sobie”. Coraz bardziej przekonuję się, że ta zasada działa także poza sytuacją katastroficzną.

Kiedyś na nocnej trasie potrąciłem zająca przy prędkości 120 km/h. Ręka nawet mi nie drgnęła.

Nie wiem, skąd we mnie tyle myśli o śmierci. Pomagają mi znajdować siły, żeby żyć dalej.

Zaskakująco trudno żyć bez żalu, osądzania i tkwienia w nostalgii. Ale się staram.

Jeszcze pięć lat temu całkiem odpowiadało mi życie w niespiesznej prowincji. Nigdy nie myślałem o życiu w stolicach. Z Mińska uciekałem trzy razy, nie znajdując tam sensu. Ale Warszawa dopuściła mnie do siebie bardzo blisko. Uwielbiam ją.

Polacy są świetni. Często z przyjemnością przyglądam się ludziom wokół. Zawsze miło mi, kiedy biorą mnie za swojego.

Mama zasłoniła mnie sobą przed głupim owczarkiem, którego właściciel stał sto metrów dalej i krzyczał: „Ona nie gryzie”. Dopiero niedawno zacząłem umieć przechodzić obok psów, nie płonąc ze strachu. Warszawskie pieski są takie urocze.

Często skupiam się na pozytywach. Moje oczekiwania zawsze są trochę zaniżone.

Mam prawdziwego amerykańskiego wujka Jurę. Nauczył mnie zwrotu: „Nie kręć dupą”.

Długo docierał do mnie sens zdania „ucz się na cudzych błędach”. Zanim je zrozumiałem, narobiłem własnych.

Żeby mniej bolało, nazywam błędy doświadczeniem. A żałować doświadczenia wydaje się jakoś głupio. Doświadczenie to bogactwo.

W chwilach zagubienia wyobrażam sobie, że jestem w lesie zniekształceń. I przypominam sobie: skoro to las, to gdzieś musi być wyjście.

Pomagać — to bezinteresownie robić coś pożytecznego, kiedy jest to potrzebne. Najważniejsze to najpierw upewnić się, że jest potrzebne.

Rozumiem tę koncepcję, ale nie umiem i nie lubię się kłócić. Wszystko można omówić bez emocji.

Mój optymizm, którym czasem dzielę się bez pytania, jest moim oparciem. Daje mi siłę, żeby nie wypalić się od pracy i lęku.

Tak jak 15 lat temu przeżywam rok bez alkoholu. Tyle że teraz jest znacznie mniej presji społecznej i znacznie więcej dobrego piwa bezalkoholowego.

Często wydaje mi się, że jestem bardziej wolny i szczęśliwy niż bogaci i wpływowi ludzie tej planety. Możliwe, że dlatego, iż nie mogę z nimi o tym porozmawiać.

W chwilach smutku przypominam sobie, że urodziłem się jako biały cispłciowy mężczyzna. Robi się lżej.

Kiedy czuję przenikliwą samotność, co zdarza się nagle i bez wyraźnego powodu, przypominam sobie, że mam młodszą siostrę, i do niej dzwonię.

Pieniądze jako takie i ich ilość zaczęły mnie interesować dość późno. Dlatego znam strach przed śmiercią z głodu pod mostem.

Strach to bardzo potężny mechanizm: tam, gdzie jest potrzebny, używa się go za słabo, a tam, gdzie szkodzi ludziom — nadmiernie.

Niedawno przez jakieś 500 metrów szła za mną dziewczyna w bluzie z cyframi 2020. Wróciło do mnie bardzo dużo jasnych wspomnień. Zobaczyłem wolnych ludzi.

Jest takie wyrażenie, którego sens bardzo dobrze rozumiem: wolność słowa.

Nie potrafię wyobrazić sobie tego świata bez muzyki. Jak w ogóle żyć, nie słuchając Bonobo, Akute, Depeche Mode?

Pewnego dnia w 2012 roku zadzwoniła do mnie Maryna Zołotawa i od tamtej pory wszystko się zakręciło.

Walczyłem ze swoją wielokierunkowością w pracy, dopóki nie zrozumiałem, że to moja cecha szczególna.

Jeśli uda mi się jeszcze w tym życiu odwiedzić Mohylew, będę bardzo szczęśliwy. Na razie wybieram, gdzie się nie smucić: w Paryżu, Kopenhadze, Porto albo Rzymie.

Miło czuć, że jeśli nie jestem u szczytu formy, to na pewno w najlepszej formie w swoim życiu. Pływanie, spacery i sen robią swoje.

Mój dziadek Piotr puszczał mi płyty Dančyka. Tak po raz pierwszy usłyszałem język białoruski.

Trudno mi wyobrazić sobie miłość jako proces bez wzajemnego szacunku i akceptacji. Czego wszystkim życzę.

Czterdzieści to bardzo mało, jeśli liczyć w latach i obserwacjach. Chyba dopiero zaczynam rozumieć, jaką historię próbuję opowiedzieć.